niedziela, 2 sierpnia 2015

Trauttmansdorff - Merano botaniczne

Po kolejnej dawce długiego (pod względem dystansu, choć i czasu) spaceru, mam 4 nowe spostrzeżenia i jedno potwierdzone przekonanie:


  1. Lato jest fajne, ale wiosna fajniejsza ☺
  2. Nie rozumiem sztuki...
  3. Bariery infrastruktury są takie same w każdym miejscu na Ziemi ;-)
  4. Przynajmniej godzina spacerów dziennie, przez minimum 3 tygodnie, nie poprawia kondycji pośladków :-P
  5. Wiosna jest najpiękniejszą i najlepszą porą roku!

Na początek o pogodzie, bo od czegoś trzeba zacząć ☺

Zawsze powtarzałam, że lubię lato, że uwielbiam, jak jest gorąco i że żadna temperatura nie jest dla mnie zbyt wysoka.

Potwierdzam, że lubię lato. Resztę pokornie odszczekuję :)

Wybraliśmy się do ogrodów botanicznych w Merano. Jak wskazuje z resztą, ten jakże kreatywny, tytuł posta :-P

Mamy lato, żadna nowość. To i temperatury są letnie. Przynajmniej tutaj. Rekordy były co prawda w pierwszym tygodniu mojego pobytu - w dzień 38 'C w cieniu, nocą 27 'C - jednak codzienne 28 'C w ciągu dnia, też daje się nieźle we znaki.

Stwierdziłam więc, oczywiście całkiem subiektywnie B-), że takie temperatury są dla ludzi a) bezdzietnych, b) z dziećmi w wieku 1,5roku+.

Choć Laura dzielnie znosi upały, to i jej z czasem robi się w wózku zwyczajnie gorąco. Chusta odpada, bo temperatura byłaby wówczas nie do opanowania. A noszenie dziecka przez dłuższy czas na rękach, SPACERUJĄC w końcu i samemu będąc zgrzanym, to też wątpliwa przyjemność - zarówno dla dziecka, jak i dla noszącego.

A dzieci 1,5roku+ z reguły już chodzą. Nie mówię tutaj o hasaniu, niczym Prawy do Lewego, ale coś tam podreptują. Z reguły też i stabilnie siedzą. Tym samym, można wziąć ze sobą "parasolkę", zamiast nieporównywalnie większej i cięższej spacerówki, materiał wózka też jest bardziej przewiewny, a takie tuptające dziecko może chwilę pospacerować z nami, żeby się ochłodzić.

Co prawda nie mam doświadczenia, bo mój Dzidź jest moją pierworodną i jedyną, jak na razie, ale takie mam wyobrażenia. Jeśli się mylę, mamy doświadczone, nie krępujcie się z wyprowadzeniem mnie z utopijnego błędu :-P

W każdym razie, te 28 stopni, to dla mnie z półrocznym dzieckiem jednak okazało się za dużo na wielogodzinny i wielokilometrowy spacer. Wiosną temperatury (zwykle) nie przekraczają tych 22 'C, więc w słońcu i przy, wcale nie małej, dawce ruchu, to byłoby absolutnie wystarczające ☺

No i pozostając w klimacie wielogodzinnych i długodystansowych spacerów - spaceruj minimum godzinę dziennie - mówili...przez przynajmniej 3 tygodnie - mówili...zobaczysz różnicę - mówili... Ja to mam tu jeszcze w bonusie góry, górki, pagórki! A pośladków, jak nie miałam, tak nie mam :-D

Miasto (nie)przystosowane

Wiele, oj wiele, i często, oj często, i wszędzie, oj wszędzie, mówi się o tym, jaki problem dla osób niepełnosprawnych i rodziców z małymi dziećmi stanowi swobodne przemieszczanie się... Jakież to szlachetne, prawda? Że się o tym WIELE, CZĘSTO i WSZĘDZIE mówi. Jeżeli komuś wydaje się, że to tylko w Polsce JEDYNIE się MÓWI, a z tej "złotej" mowy nic konstruktywnego nie wynika, to spieszę z wyjaśnieniem! Otóż nie! Nie tylko w Polsce ;-)

Byłam chwilę z Dzieciem w Wiedniu - co rusz schody lub krawężniki - wyższe, niższe, ale jednak.

Jestem w Merano - wcale nie jest inaczej. Pominę wątek poruszania się z wózkiem ogółem (może napiszę przy okazji wątku o całokształcie tych utrudnień, jak mi się już frustracja przeleje i zdecyduję o opróżnieniu wiaderka na blogu - a bliska jestem :-P), a skupię się tylko na tytułowym miejscu i opisywanej wycieczce.

Gdybym wybrała się sama, dane by mi było zwiedzić jakąś 1/4 obiektu. Na szczęście nie byłam sama, więc było mi dane zwiedzić połowę oferowanych zasobów ogrodów Trauttmansdorff :-D

Co 3 pary rąk, to nie jedna ;-)



~ tak, oni niosą wózek, a ja im robię zdjęcie :-P ~

Zrozumieć sztukę

Wchodząc na teren obiektu Trauttmansdorff, pierwszym, co rzuca się w oczy, jest oczywiście piękny widok - widok doliny bujnej zieleni i jaskrawych kolorów, urozmaiconych wątkami najciekawszych ogrodów całego Świata, w otulinie majestatycznych Alp...

~ ot, poleciałam z poetycką prozą :-) ~

Zaraz po tym, jak już świadomość dojdzie do równowagi, zostaje zaburzona ponownie, z nie mniejszym impetem. Najpierw uwagę niepozornie przykuwa marmurowa ławka na marmurowym wzniesieniu, przy wejściu do pałacu Trauttmansdorff. Na ławeczce zasiada mosiężna Sissi i wszystko wydaje się zwyczajne. Gdy dochodzimy do siebie po wcześniej wspomnianym wrażeniu, jakie zrobił na nas rozchodzący się szeroko widok ogrodów, ciekawość wzbudza prawica, a po niej zagadkowy zaułek.

Wchodzimy, niczym do Tajemniczego Ogrodu, i tu nad głową pierwszy "?". Ławka. Ale nie, żeby taka sobie zwyczajna ławka. Drewniania, owszem. Wielka. Jednolita (z tworzywa jednolitego, nie koloru). To musiało być ogromne drzewo. I ta ławka ma kształt jakby dłoni z zagiętymi lekko palcami, które stanowią oparcie. Na tej ławce pozycja jest półleżąca.

Z każdym krokiem i spostrzeżeniem, znak zapytania nad naszą głową się powiększa, przybiera jaskrawy kolor, a może nawet wielokrotnieje :-)

Co to jest? O ile w Merano, mieście artystów, jakoś ta ich sztuka do mnie trafia, znajduje drogę dotarcia mimo, że specjalnie wrażliwa na artyzm nie jestem, o tyle "sztuka" w Trauttmansdorff jest dla mnie abstrakcyjna do granic abstrakcji, a nawet dalej.


Gdy poziom abstrakcji osiągnął już możliwe maksimum, weszłam na poziom niepokoju, może nawet przerażenia. Nie wiem dlaczego, ale jakoś mi się tych kilka "artystycznych" alejek skojarzyło z filmem "Błękitna Laguna". Może jednak zbyt krytycznie siebie oceniłam? W końcu sztuki nie trzeba rozumieć dosłownie, a wrażliwość na nią oznacza sam fakt, jeśli porusza jakiekolwiek receptory?

No moje ten "artyzm" poruszył...

A Twoje?



Flora - wiosna jest najpiękniejszą porą roku!

Teren ogrodów przy pałacu Trauttmansdorff w Merano, to ponad 12 hektarów powierzchni, która skupia ponad 3000 gatunków roślin z całego Świata (oczywiście tych roślin, które mają tutaj szansę przeżyć sezon jesienno-zimowy). 


Ale co mi tak z tą wiosną? Ano z wiosną, bo wiosną kwiatki rosną! A w lecie to przekwiecie. I choć pięknie tam jest, naprawdę duże wrażenie robi ogrom zieleni, przerozmaite kształty liści i wszystko takie dopieszczone, ale nadal naturalne, to jak to musi wyglądać na wiosnę?! Gdy te 3000 gatunków roślin kwitnie i zalewa to miejsce falą absolutnie wszystkich kolorów i zapachów?!



Tak naprawdę zrozumiałam sens wyprawy do ogrodów botanicznych, jak już z nich wychodziłam :-D ale podobno lepiej późno, niż wcale :-P

Dla miłośników kaktusów też COŚ jest

Duże wrażenie zrobił na mnie sektor kaktusowy. Ogrody Trauttmansdorff oferują całkiem pokaźny kawałek ziemi dla odmian tego gatunku.

Choć ja akurat nie należę do grona wielbicieli kaktusów, to oddaję im fakt, że są imponujące :-) i całkiem ciekawe!



I, choć zdjęcia tego nie oddają, (szczególnie, że moje robione są telefonem, co z resztą uznałam ostatnio za profanację fotografii i zapragnęłam posiąść aparat taki z prawdziwego zdarzenia) to można się było w tym sektorze zapomnieć :-)



Fauna

Nie wiem co prawda, jak tam z fauną Trauttmansdorff, bo nie spotkałam żadnych nadzwyczajnych zwierząt (były kozy, były kaczki - DUŻE, były ryby - nawet złote :-), i ważki - same turkusowe), poza jednym, nie codziennie oglądanym owadem, mówiąc ściślej - dwoma owadami, giga-larwami motyla (podobno jedwabnika), które były długości środkowego palca mojej dłoni. I miękkie w dotyku :-P KTOŚ zapytał mnie, czy smaczne? Ale jednak nie próbowałam i pozwoliłam im pójść dalej ;-)



Vicolo delle rose

Róże, to poza magnoliami, bzem i konwaliami, moje ulubione kwiaty. I tym bardziej mi było żal, że to lato, a nie wiosna! :-)

Niemniej, wyobraźnia mnie nie zawiodła i niemal poczułam zapach tych wszystkich, pięknych, pełnych wdzięku, tajemnicy i zmysłowości, kwiatów... Mmm...


Żeby, choć odrobinę, zarazić chęcią zobaczenia ich w czasie rozkwitu, zrobiłam fotki tabliczek kilkunastu odmian i dodałam do nich przykłady kwiatów.

OCZYWIŚCIE na kolażach nie widać większości nazw (ale to nie oznacza, że z kolaży zrezygnuję :-P), dlatego każda tabliczka przy róży ma swój numer. Kolejne zdjęcie to już same tabliczki, żeby było wiadomo, który kwiat ma jaką nazwę :-)





I kolejne




Piękne, czyż nie? Mnie chyba najbardziej urzekły aksamitne New Dawn i pełne wdzięku André le Notre :-) A Ciebie?

Gdzie strumyk płynie z wolna, tam z szybka płynie czas

Ogrody botaniczne w Merano, to miejsce naprawdę hipnotyczne.


Łatwo można dać się ponieść wyobraźni i zupełnie stracić poczucie czasu :-) 


Np tak, jak ten żółw na powyższym zdjęciu :-P


Naturalnie, nie mogło się obejść bez pomnika cesarzowej po drodze :-)


Imponujące te lilie, prawda? :-)

Dla odmiany

U nas w ogrodach sadzimy tuje (ewentualnie bzy). Tutaj sadzą palmy, pinie i magnolie :-) 

U nas na płotach rośnie bluszcz. A może by tak zamiast bluszczu sadzić winogrono i rozmaryn? :-)


P.S.

Możnaby powiedzieć - mogliby przynajmniej odświeżyć ten płot. Oczyścić go, odmalować. Po co robić zdjęcia czemuś takiemu? Obeszły mchem, zardzewiały płot. Co w tym fajnego? - No właśnie TO! :-) Ja nie wiem, dlaczego mnie do takich obiektów ciągnie, ale ciągnie. Uwielbiam. Uwielbiam na nie patrzeć, robić im zdjęcia i wyobrażać sobie ich historię. A raczej historię, którą TAKIE płoty "widziały". No nic nie poradzę. Taki już ze mnie freak. Kręcą mnie zardzewiałe, obeszłe mchem płoty :-P


Kolejne miejsce z duszą, widziane moimi oczami :-)
Wciąż podążając Szlakami Księżniczki.


czwartek, 23 lipca 2015

Szlakami księżniczki...

Jest w życiu wiele, trudnych do opanowania sztuk, które stanowią większe lub mniejsze wyzwania.

Samodoskonalenie się od zawsze było dla mnie tym obszarem stałym. Bardzo ważnym i istotnym. Stawianie samej sobie wyzwań, dawało mi poczucie celowości w sytuacjach, gdy wszystko inne gdzieś na chwilę gubiło swój sens.

Poza tym, choć daleka jestem od ideału i daleka od powiedzenia o sobie "niczego więcej zmieniać nie muszę, bo w końcu trzeba mieć jakieś wady, bo w końcu za coś trzeba mnie kochać :)", to dzięki stawianiu sobie kolejnych wyzwań dotyczących tegoż samodoskonalenia, bardziej lubię siebie samą. Nie dlatego, że mam się za wzór do naśladowania. Dlatego, że mam poczucie, że nad sobą pracuję i choć popełniam błędy, to są one sprawą ludzką, ale próby wyciągania z nich wniosków, czynią mnie lepszą, w moim własnym poczuciu.

Przechadzając się uliczkami mojego ulubionego miejsca na Ziemi, wyklarowało mi się w głowie kolejne, osobiste wyzwanie - przestać oczekiwać.

To takie z pozoru banalne, a jednak tak trudne do zrealizowania. Wyczytałam ostatnio, że nawet Buddyści, ci najbardziej wytrwali, nie są w stanie wyzbyć się wszystkich pragnień. Bo, paradoksalnie, powstrzymując w sobie pragnienia, głęboko pragną, by to powstrzymanie pragnień im się udało. Więc jednak JAKIEŚ pragnienie mają :)

Oczywiście, nie ma możliwości nie oczekiwać nigdy, niczego, w ogóle. Tak samo, jak nie ma możliwości o niczym nie myśleć, choć płci męskiej niezmiennie wydaje się to możliwe. Ale to temat zapętlony, więc szkoda czasu i energii na jego zgłębianie :)

Do klu - przestać oczekiwać.

Bez stałego oczekiwania, czy to wzajemności, czy rekompensaty, czy bezinteresowności, pomocy, wdzięczności, równości, sprawiedliwości itd, życie będzie, myślę, o wiele łatwiejsze.

Bez oczekiwań to, co dostaniemy z czyjejś własnej, szczerej i nieprzypuszonej choćby moralnością czy taktownością woli, sprawi więcej radości.

Bez oczekiwań to, co ktoś da nam w podzięce za to, że wcześniej my daliśmy jemu, choć tak, czy inaczej, byłoby wartościowym, to waga tej wartości wzrośnie. Bez oczekiwań, łatwiej będzie docenić to, co tu i teraz, przed naszymi oczami, w zasięgu naszych rąk.

Bez oczekiwań, unikniemy rozczarowań.

Bo czyż nie jest lepiej, być mile zaskoczonym, niż niemile rozczarowanym? ;)

Mam na Ziemi dwa takie moje miejsca, gdzie bieguny zamieniają się stronami, powietrze staje się lżejsze i nawet dni wydają się dłuższe...

Jednym z tych miejsc jest Merano.



Meran historycznie

Merano (z wł.), Meran (z niem.), to niewielkie miasteczko, nazywane uzdrowiskiem, leżące w dolinie Passeier i Vinschgau, w Południowym Tyrolu. Zamieszkiwane jest od 3go tysiąclecia p.n.e.

Jego ciekawa historia i niebywały urok powodują, że tego miejsca nie ma się dość.

Merano jest miasteczkiem dwujęzycznym (włoski i austriacki są tutaj językami urzędowymi), ponieważ dopiero po I wojnie światowej, zostało oddane Włochom. Wcześniej należało do Austrii i było z resztą stolicą Tyrolu.

Ponadto Merano posiada autonomiczny m.in. system skarbowy, przez co staje się trochę miastem-państwem, co myślę, w wielu aspektach wpływa na korzyść jego mieszkańców.

W świadomości wielu, Merano słynie z 4 podstawowych rzeczy:

1) Merano 2000, gdzie odbywają się wydarzenia sportowe. O Merano 2000 napiszę przy okazji kolejnego posta.

2) Zabytki. Całe mnóstwo średniowiecznych zamków, kościołów, kapliczek, bram, świątyń.

3) Wina. Browar. Jabłka.

4) Cesarzowa Elizabeth. I z niej Merano słynie chyba najbardziej.

Szlakami księżniczki Sissi



O Merano, perle Tyrolu, mówi się, że jest miastem Księżniczki Sissi. Sissi to nikt inny, jak cesarzowa Elżbieta.

Córka księcia Maksymiliana Bawarskiego. Od dziecka miłowała sztukę i naturę. Jej pasją było jeździectwo (choć nie tylko, jak się później okazało - z czasem zaczęły pasjonować ją też polowania i szpitale psychiatryczne ;) ).

W wieku 16 lat, wyszła za mąż za cesarza Franciszka Józefa.

Sissi, bo tak pieszczotliwie była od dziecka nazywana, nie potrafiła odnaleźć się wśród zasad dworskiej etykiety, a dodatkowo miała silny konflikt z teściową, co doprowadziło młodą cesarzową do kłopotów ze zdrowiem.

Sissi ubóstwiała podróże. Gdy zachorowała na gruźlicę, na nogi stawiały ją długie spacery. Szczególnie upodobała sobie właśnie Merano. W każdym przewodniku można znaleźć informacje o uzdrowiskowych szlakach, którymi chadzała Elizabeth.

Ja chyba nigdy nie zrobiłam tej trasy z punktu A do punktu B, ale samo spacerowanie po Merano, to kroczenie szlakami księżniczki.




Dla mnie Merano jest miejscem magicznym.

Nie słynie ani z zabytków, ani z wina, ani z Sissi. Choć nie wychodzę z podziwu dla uroku tego miejsca, dla malowniczych krajobrazów, zadbanych ulic, czystych trawników, to jest tutaj coś jeszcze.

Jest TO COŚ. W Merano czas jest taki łagodniejszy. Łatwiej jest myśleć. Mam wrażenie, jakby wszystko, co przed chwilą bezlitośnie przygniatało mnie do ziemi, nagle unosi się na wysokości moich oczu, a ja mogę to obejrzeć, przeanalizować i jakoś tak łatwiej poukładać.

Poza tym ja uwielbiam osobowość Włochów, ale tutaj właśnie. Byłam w kilku częściach Włoch (od PN przez ŚR po PD), ale tutaj ludzie sprawiają wrażenie oderwanych od rzeczywistości.

Oczywiście, że jak wszędzie, są i szuje, co się do Ciebie uśmiechają, a za plecami Cię obsmarują. Ale jakoś, kiedy tu jestem, to jakby to jest obok.

Może to wynik tego, że bywam od czasu do czasu. Jednak kiedy już bywam, to nie chcę wracać. Choć tęsknię, to chciałabym tu zostać. Jeszcze przez chwilę. Ale ma też w sobie coś nostalgicznego. I chyba dziś odkryłam, czym to dla mnie jest - to chęć podzielenia się.

Spacerowałam przez ostatnie dni i czułam coś, czego nie umiałam nazwać. Smutek wymieszany z radością. Dziś wiem, co to było - zabrakło mi obok ręki, za którą mogłabym złapać i wspólnie cieszyć się tym, co tu i teraz.



Bo Merano warto się podzielić.
Pozostaje mi więc dodać kilka fotek i słów o tym moim małym miejscu.

Merano miastem artystów




Tym, co zawsze rozgrzewa moje serce jest, że Merano to miasto artystów. Autentycznie! Nigdy innego takiego miejsca nie widziałam.

Zawsze, kiedy tu wracam, zastanawiam się co nowego zobaczę. I tak, w tym roku, rozwaliło mnie COŚ, będące sztuką nowoczesną, wykonane w całości Z GAZET! Lewy górny róg na powyższym zdjęciu. Serio - to jest figura - tort (?) - cały z gazet ułożonych płasko jedna na drugiej. Nie kolorowych czasopism, tylko starych, zwykłych, tych dużych takich.

Na bulwarze, trasie spacerowej, artyści często robią jakieś instalacje z natury. I tak np, są z roślinek konie, z gałęzi jakieś grzechotki, z trway twarz, to po środku to akurat "zwykła" rzeźba, która kręci się wokół własnej osi. Prawy dolny róg to drzewo, na którym od lat wiszą jakieś niby amulety.

Wszystko jest oczywiście gigantycznych rozmiarów.



Tutaj np, jest park, gdzie jest przeogromne gniazdo, wielki orzeł, kilkunastometrowy wąż i kilkumetrowy dzięcioł.

Po drodze można też "spotkać" telewizor, czy coś wykonane z gałęzi, co trochę przypominało hmmm - wyjedzoną watę cukrową (?). Cóż, sztuka to dowolność, więc i jej interpretacja też :-D


Ciekawym jest np, że ławki mają wygrawerowane różne sentencje. W 3 językach (włoski, niemiecki, angielski). W sensie,  na jednej ławce jest taki, na drugiej inny itd. Te sentencje też wprawiają w zadumę.



I ten ciągły szum wody - rwącej, choć z drugiej strony łagodnej, rzeki :-)



I jest coś jeszcze, co kradnie moje serce.
Co prawda zdarzyło mi się, gdy byliśmy tutaj w październiku, że o 19 nie było gdzie wypić gorącej czekolady, bo wszystko było zamknięte, jednak jestem przekonana, że ta sytuacja była wynikiem mojej słabej znajomości lokali. Ja zawsze pozwalam prowadzić się za rękę w tej kwestii :-P

Ale jest jeszcze jedna wyjątkowa cecha Merano - jazz. Jest sporo klubów dla ludzi, którzy chcą się zrelaksować. Pograć w karum (to gra w kapsle :) ), wypić i posłuchać muzyki tych, którzy dopiero swoją przygodę z muzyką zaczynają lub są po prostu amatorami i mają chęć pograć wśród ludzi albo zwyczajnie nie mają warunków w domu. I tak mi się jakoś składało, że z reguły był to jazz. Ja w ogóle uwielbiam jazz, ale jazz słuchany w Merano przy chłodnym veneciano (popularny drink o składzie: prosecco, woda gazowana, Aperol), smakuje jeszcze lepiej...! :-)


Merano Dzieciom


Co prawda nie spotykam tutaj zbyt wielu małych dzieci, ale placów zabaw jest sporo. I są rozmaite oraz dopasowane do wieku. Jest też całkiem zacny aquapark, a na upartego można i dzieciaki zabrać do term. Oczywiście lodziarnie są na każdym kroku ;) w lecie rozkładane są też dodatkowe atrakcje. Także myślę, że w Merano dzieci się nie nudzą :)

La festa del vino

Ale nie nudzą się też dorośli. Jak co roku (już od 1992r.), odbywa się tutaj festiwal wina. To imprezka z tradycją :) 

Na OFICJALNEJ STRONIE wydarzenia możemy przeczytać:

Helmuth Koecher narysował mapę, na ktorej umieścił wszystkich pasjonatów wina. Następnie postanowił skupić ich w jednyn miejscu, gdzie mogą dzielić się swoją pasją z innymi. Dzięki temu, wydarzenie jest nie tylko spektakularne przez wzgląd na jego temat - wino, ale również możliwość poznania kultury twórców i entuzjastów winiasrtwa.

Festiwal wina w Merano odbywa się w majestatycznym Kurhaus Merano.

W jednym miejscu, ponad 500 wybranych winiarzy z Włoch i reszty świata, oraz ponad 100 producentów produktów gastronomicznych, serwuje to, co najlepsze i najwyższej jakości.

Dodatkowo święto wina dzieli się na sektory - każdy z odrębnej dziedziny.

Cult2014 - mamy do dyspozycji 40 najlepszych włoskich winiarzy. Dla smakoszy, i nie tylko, to szansa i możliwość na poznanie wybornych win z bogatą historią i tradycją.

Bio & Dynamica - wina organiczne, biodynamiczne i naturalne.

Culinaria - w tym sektorze odbywamy podróż po wykwintych, znakomitych i bogatych w historię potrawach. Eksplozja międzynarodowych smaków. Wszystko, co najlepsze :)

Wyzwanie szefa kuchni - pokazy gotowania, serwowane przez mistrzów.

Pasja piwa - sekcja będąca dowodem, że sposób tworzenia i produkcji piwa jest stylem życia :)

Klub doskonałości - najlepsze smaki wina wybierane przez najlepszych koneserów. Sekcja wyjątkowej dokładności i przewidywania gustów najbardziej wrażliwych smakoszy.

Wine Master Classes - pewnego rodzaju wasztaty, podczas których odbywają się degustacje smaku, zapachu oraz ciekawe historie pochodzenia i tradycji.

GourmetArena - sekcja, gdzie możemy zobaczyć co, jak, po kolei jest tworzone :)

Merano Wine Festival odbywa się na początku listopada i trwa 4 dni.

Co poza festami?

Festy są tutaj normą. Ale nie tylko one urozmaicają życie w tym miejscu. Samo miasto jest ciekawe. Ale, jeśli to nam nie wystarcza, mamy w czym wybierać. Restauracje z ogródkiem, gdzie można rozłożyć koc i poleżeć na zielonej trawce, klubiki, termy (o których więcej napiszę w jakimś kolejnym poście), wspomniane Merano 2000, ale też inne, niższe szlaki, aquapark, ogrody botaniczne, jeziora.

I te budynki...

Villa Dr. Mazegger


Większość domów w Merano to po naszemu kamienice, po ichniemu - wille :)

Kilka lat temu natknęłam się na Villę Dr. Mazegger'a.

Z zewnątrz budynek nie wyróżnia się za bardzo. Ale wewnątrz... Wnętrze to już zupełnie inna bajka. I epoka!

Jak widać na zdjęciu powyżej - w holu pod sufitem herb szlachecki rodziny Mazegger, antyczne szafy, komody, schody, obrazy. Mozaikowa podłoga. Grubość ścian w budynku właściwa dla dworkòw (+- 50 cm :) ).

Historia budynku porusza wyobraźnię, a pikanterii dodaje to, co się widzi. Wchodząc do środka ma się za każdym razem wrażenie, że odwiedza się muzeum i na krótką chwilę cofa w czasie.

Dr. Mazegger był bardzo znanym naukowcem i poetą. Jako pierwszy otworzył (również) pierwsze w Merano sanatorium. I to właśnie Villa Dr. Mazegger była tym sanatorium. Służyło ono odnowie biologicznej.

Komnaty, gdzie kiedyś dochodzili do zdrowia i relaksowali się zamożni Włosi, Austriacy  i Niemcy, dziś stanowią zwykłe i niezwykłe w swej istocie, mieszkania. We wnętrzu zachowały się oryginalne łuki, czy np kamienne umywalki w ścianach :) to urocze, gdy spojrzysz od niechcenia na taką umywalkę i czujesz, jak wyobraźnia zabiera Cię do XIX wieku :)

A ciekawostką jest, że bezpośrednio za drzwiami w prawym górnym rogu znajduje się...sypialnia - prosto z holu :)

Oderwani od rzeczywistości

W Warszawie tak mi się to zjawisko w oczy nie rzuca. I pewnie powód jest prozaiczny - w Warszawie zwykle poruszam się po jakimś określonym, zawężonym obszarze i w centrum bywam raczej rzadko. Tutaj, w zasadzie 90% wyjść z domu na dalej, niż kilometr, jest wyjściem do centrum. To i szaleńcy są bardziej widoczni. Bo oni lubią przebywać tam, gdzie jest najwięcej ludzi.

Tych szaleńców w Merano nie brakuje. Nie spotkałam się co prawda z agresją ze strony któregokolwiek z nich, ale to jak się zachowują, wprawia czasami w osłupienie.

Wczoraj np, jeden taki, słynący ze szczerej nienawiści do Austriaków i turystów, ale paradoksalnie używający głównie niemieckiego w swojej mowie, siedział na ławce i obcinał brodę wielkimi, metalowymi nożycami, opowiadając coś, co chwilę.

I takie jest właśnie to Merano widziane moimi oczami - magiczne :)

A, co zabawne - wczoraj, podczas spaceru, przechodziłam przy Termach Merano i usłyszałam polską piosenkę!

Przewrotnie leciał AKURAT TEN "polski smęt" (jak to KTOŚ kiedyś nazwał, tak lubianą przeze mnie, polską muzykę).

Hmm....

sobota, 18 lipca 2015

Za nami drugi kwartał!

I skończył mi Dzidziol 11go lipca pół roku.

Achhh co to było za pół roku :)

O sobie dowiedziałam się wiele. Np, że nie mam panowania nad hormonalną burzą :P że jedzenie na opór nie pomaga w przybraniu na wadze, gdy ma się obok małą pijawkę, co matkę sprowadziła głównie do poziomu jadłodajni, bo i większość przytulania się, ma z reguły jeden finish - zassanie, że nie ominęły mnie kryzysy raz na 2 miesiące, że nie sposób jest się obronić przed tym dzieciowym szałem i myśli się w 99% o swoim dziecku, że cała masa rozmów krąży właśnie wokół Dziecia, że spotkania po latach również schodzą na jeden, główny, uroczy, blondwłosy, szczerzący dziąsła do wszystkich, półroczny temat...

Widzę też niezmiennie ten wspominany upływ czasu.

Szkoda mi. Pamiętam, jak przywiozłam ją do domu, leżała obok mnie na łóżku, robak taki pomarszczony, i wyć mi się chciało, że ona za 2 tygodnie już nie będzie taka mała. I nie była :) ale dzisiaj patrzę na nią i myślę, że nie mogę się doczekać, gdy zacznie mi się plątać pod nogami (wiem, że jak zacznie, to odszczekam te słowa :D ) albo myślę, jaki będzie miała głos, wzrost i finalny kolor oczu (bo póki co idzie z brązowym w tatusia :P - ładna będzie, jeśli tak zostanie - brązowooka blonda).

Tym razem nie będzie o kupach :D już raz było, to wystarczy.

O mnie trochę. Przyzwyczaiłam się już chyba, żem mama :P już do swojego  dziecia mówię o sobie mama, o niej jeszcze mało "córka", ale już coraz częściej. Przywykłam też do myśli, że jestem odpowiedzialna za inne życie. I to mnie właśnie zaczęło przerażać.
Pamiętam w zeszłym roku, jak byłam w ciąży, moja bliska koleżanka opublikowała na swoim fejsie wpis, gdzie napisała, że nie ma większego lęku, niż lęk o bezpieczeństwo własnego dziecka. I ja ją kurde rozumiem. Teraz dopiero rozumiem. Po sześciu miesiącach odkąd jestem matką, te słowa nabrały dla mnie znaczenia.

W mojej głowie pojawiają się ostatnio jakieś wizje paranoiczki. Że niania będzie Dzidziowi łyżeczkę do gardła wpychać, że będzie ją za rączki szarpać, jak mała będzie miała akurat nastrój na NIE ubieranie się, że jak ktoś ją weźmie na spacer, to najpierw na przejście wjedzie wózek, a dopiero później pojawi się potrzeba rozejrzenia, czy nic nie jedzie, że jak będzie u kogoś na rękach i postanowi się akurat z nienacka odchylić, to wypadnie i roztrzaska sobie głowę, a jest przecież taka delikatna... Albo, gdy ostatnio zostawiłam ją w ogrodzie i poszłam po coś do domu, wróciłam, jakby nigdy nic, nagle pomyślałam, że co by było, gdyby mi ją ktoś z tego ogrodu pod moją nieobecność porwał? Co z tego, że ogrodzenie, tuje, brak czasu (bo nie było mnie może minutę), brak powodu (?) i realnego zagrożenia?

Dżisas. Po prostu materiał na psychoterapię.

I choć wspomniana koleżanka pisała wówczas o swojej córeczce i o zupełnie innych powodach do obaw, powodach realnych i uzasadnionych, to ja po swojej stronie, mając własne, które dla mnie są realne i uzasadnione, rozumiem już co znaczy ta obawa o bezpieczeństwo własnego dziecka...

Więc oprócz utraty wagi i włosów, zdobyłam nowe doświadczenie i cechy - cierpliwość i odpowiedzialność. Takie na życie.

A Dzidziol? A Dzidziol fantastyczny niezmiennie :) owija sobie wszystkich wokół (mikro)palca i cieszy się życiem. Dziecko wiecznie uśmiechnięte, zawsze pogodne, udaje nieśmiałą i jest małą cwaniarą. Ja się już na niej poznałam, ale ze swoim dziadkiem to robi co chce :D Babcia z resztą też szybko mięknie mimo deklaracji - "masz rację, nie wolno jej ulegać, bo się nauczy i będzie kłopot", po czym bierze Dzidzia na ręce ze swoim serdecznym "vieni Tesoro" :)

I jeszcze muszę za jedno moją zuch dziewczynę pochwalić - jest urodzona podróżniczka.

Wybrałyśmy się obie w mini podróż po Europie. Kierunek -> Południowy Tyrol - Włochy.

Odcinek pierwszy - 400 km - Małopolska. Laura, poza jednym jedzeniowym alarmem, spała caaaałą drogę.

Odcinek drugi - 410 km - Wiedeń. Laura większość drogi gadała lub spała. Postój w zasadzie jeden na jedzenie i jeden na przesiadkę, bo się Dzieciu w końcu znudziło samej z tyłu i stęskniona za widokiem mamy, zażądała usadzenia na przednim fotelu. Resztę drogi opowiadała mi swoje abubowo-anianiowe historie :)

Odcinek trzeci - 650 km - Merano. Dziecka nie było. Dwa przystanki zarządzone przeze mnie, bo to ja potrzebowałam przerwy, a Dzieć przy okazji szamka, a całą drogę Dziecia nie było. Spała, gadała albo się bawiła.

Moja mała, mocarna dziewczyna :)

A tutaj jakiś czas zabawimy. Bosko! Czyż nie? ;)


wtorek, 30 czerwca 2015

"nieuczciwe metody są bezpieczne wyłącznie w rękach uczciwych ludzi"

Niejednokrotnie myśląc o "klapsach" zastanawiam się, gdzie jest granica?

Zawsze byłam i jestem zdania, że "klaps" to nie przestępstwo. Ale jednocześnie myślę, że dla mnie "klaps" to klaps - nie po to, żeby zabolało, a po to, żeby zwróciło uwagę.

Teraz sama mam dziecko.

Ono ma niecałe pół roku, ale ten, kto dzieci posiada lub w towarzystwie dzieci przebywa wie, że niezależnie od wieku, dziecko ma dwie niebywałe umiejętności - wyprowadzenia dorosłego z równowagi i roztopienia dorosłego serca jednym uśmiechem.

Kiedy moje dziecko mimo, że ogółem jest fantastyczne, stosuje tę swoją pierwszą umiejętność, zawsze na myśl przychodzą mi właśnie te pytania - jaką można na dziecku zastosować metodę, aby osiągnąć zamierzony efekt, a jednocześnie nie przekroczyć tej cienkiej granicy agresji?
Bo przemoc to już gdzieś kawałek dalej jest.

I tak dochodzę zawsze do wniosku (abstrahując od mojego dziecka, bo niemowlę to na rzeczonego klapsa jest wręcz za małe i i tak by go nie zrozumiało), że klaps nie jest chyba rozwiązaniem.

Nie staję się przy tym ich przeciwniczką - tych, które zdefiniowałam powyżej - ale myślę sobie, że dziecko klapsa może po prostu nie zrozumieć. I to, co nam dorosłym, wyda się chęcią "postawienia do pionu", dziecko może odebrać za krzywdę ze strony rodzica.

Zamiarem natomiast jest osiągnięcie autorytetu i respektu, a nie strachu, prawda?

I myślę też jeszcze, że wielu ludzi tej granicy między klapsem a agresją, a później między agresją a przemocą, nie potrafi zobaczyć i w odpowiednim momencie się zatrzymać.

W jednym, z obejrzanych niedawno filmów usłyszałam słowa, które mi utkwiły:

"nieuczciwe metody są bezpieczne wyłącznie w rękach uczciwych ludzi".

I tu, ten niepozorny klaps, staje się metodą nieuczciwą, którą nie każdy potrafi zastosować...

ARTYKUŁ W ZWIĄZKU ZE WPISEM

piątek, 17 kwietnia 2015

O co chodzi z tą afiliacją?

Na wstępie zaznaczyć chcę wyraźnie - wpis będzie dłuuuugi i rozwiązły. Czasami może się wydawać, że zbaczam z tematu, ale zapewniam, że tak nie będzie :)

Znając tę "drugą stronę mocy" pragnę się wiedzą podzielić - piszę dzisiaj o marketingu sieciowym, afiliacji i modelach rozliczeń. Nie będzie hiper szczegółowo, bo nie podam tutaj np. stawek, czy nie będzie symulacji ile to można na tym zarobić, bo każdy z Was, kto zainteresuje się na poważnie tematem, sam będzie mógł zagłębić się w rynek i takich symulacji dokonać. Nie będę też promowała żadnych konkretnych firm czy sieci afiliacyjnych, choć teoretycznie powinnam promować tę, w której pracuję :) Ale to nie jest wpis służbowy, tylko prywatny i chcę pozostać obiektywna i treść taką pozostawić.

Oczywiście każdego zachęcam do przeczytania, bo być może zainteresuje Was ten obszar biznesu, ale zrozumiem, jeśli uznacie, że tym razem wrzuciłam nieciekawy gniot :) W końcu nie każdy musi to lubić ;)

Rozmawiałam z moim "Hejterem". Tzn, tak nie do końca MOIM, bo nie mnie hejtował. Niemniej, rozmawiałam z nim (komentarz spod posta o rachunku bankowym został usunięty na jego prośbę).
Wyjaśnił mi, co było powodem, że wyraził swoją dezaprobatę dla afiliacji. I nie jestem jego postawą zaskoczona, bo wielu jest na pewno takich, którzy na nieuczciwości się przejechali.

Przyszedł taki czas i sami to wspieramy, że najlepiej zarabia się teraz na nowych technologiach, a bez internetu po prostu się nie istnieje. A jeśli istnieje, to dość marnie. Wyobraźmy sobie, że są na rynku firmy, które nie posiadają własnej strony WWW albo chociaż "fanpejdża". W naszej świadomości takie przedsiębiorstwo po prostu nie żyje, a jeśli się urodzi, to z reguły musi to być solidna rekomendacja kogoś bliskiego, żeby nam się chciało wypróbować bez wcześniejszego research'u.

I o tym właśnie głosi afiliacja.

Utarło się, że marketing jest zły. Nic dziwnego, że tak się utarło, skoro powstały pomysły na:

  1. wrzucanie banerów lub spotów reklamowych w najmniej oczekiwanym momencie dając użytkownikowi po oczach, jak obuchem w łeb.
  2. niejednokrotnie dając mu, jak obuchem również po uszach, bo spoty były tak głośne, że można się było realnie wystraszyć
  3. spamowanie użytkownika absolutnie każdą możliwą drogą bez szacunku do jego danych osobowych. Zapisałeś się do newslettera? No to teraz surprise - zgoda na przetwarzanie Twoich danych osobowych, gdzie jasno napisaliśmy, że przetwarzane będą również przez naszych "partnerów spółki" oznacza dla Ciebie tyle, że właśnie Twój telefon, adres email i numer buta trafiły do 150 firm w Polsce, sprzedających bazy danych, a one już zadbają o to, by rozprowadzić je do tysięcy spółek sprzedających produkty i usługi wszelakiej maści ;) GRATULUJEMY! Masz zaspamowaną pocztę i zajętą linię przez najbliższe 3 lata, dopóki Ci się nie znudzi i nie zmienisz tożsamości.
  4. reklamy pojawiające się WSZĘDZIE. Wielkie, głośne, kolorowe, tandetne i niebywale wku...rzające :)
  5. latający po ekranie krzyżyk "x", w który musisz trafić, żeby zamknąć baner, który otworzył Ci się na całym oknie, ale żeby zbyt łatwo nie było, to krzyżyk porusza się niczym upierdliwa mucha - szybko i w kierunkach, których trajektorii nie sposób przewidzieć.
  6. praktyki nieusuwania danych z bazy. Ty się z jednej wypisujesz, a dzwoni do Ciebie 5 kolejnych. I im mówisz wyraźnie, że nie, że Ty nie chcesz, że masz już od tego depresję, a oni za szóstym i tak znowu zadzwonią i zaproponują Ci to samo, co 5x wcześniej ;)
I pewnie jeszcze wiele więcej takich przykładów moglibyście mi podać.

CAŁE szczęście - wzięło się tym sprytnisiom za uszy kilka instytucji, regulując to i owo.

I tak np.:
GIODO - uregulowane zostały kwestie dotyczące ochrony danych osobowych, zapisów zgód marketingowych, rejestracji baz danych, treści w stopkach mailingowych i kilka innych.
KRRiT - uregulowane zostały m.in. długości czasu trwania reklam (nie tylko tych telewizyjnych i radiowych), uregulowano też kwestię treści wyświetlanych przekazów i w miarę uregulowano reklamę w internecie, która wyświetlana jest przez duże firmy/portale.
IAB, EIAB, IAB Polska - uregulowane zostały formy reklamy z dużym naciskiem na komfort odbiorcy reklamy, czyli użytkownika internetu. Dzięki temu nie mamy już nagminnie biegających, jak pijany zając po pustym sklepie i znikających krzyżyków, coraz mniej jest reklam, które przysłaniają nam całą stronę, itp.

OCZYWIŚCIE - jak to w rozwoju bywa, w miejsce starych pojawiły się nowe. Niemniej, dzięki pewnym prawnym regulacjom, my użytkownicy możemy korzystać z internetu bardziej świadomie i bardziej z własnej woli.

Kiedy rynek afiliacyjny stawał się coraz powszechniejszy myślałam podobnie, jak wielu z Was i podobnie do mojego Hejtera (Przykro mi BJ, już się przyjęło i tak zostanie :) ale zapewniam, że to z pozytywnym akcentem. W końcu jesteś pośrednią inspiracją do stworzenia tego wpisu ;) ). Jak myślałam? Ano tak: wyłudzają moje dane osobowe; namawiają mnie, żebym wkręcała swoich znajomych, a i tak mi później nie zapłacą; to jedna wielka ściema - na coś się zgodzę, a na 156 stronie regulaminu napisanego w rozmiarze 5,5 pkt'a w języku angielskim będzie zapis, że to wcale nie tak pięknie i nie tak kolorowo; szukają naiwniaków, ale NIEE!! O NIEE, JA się nabrać NIE dam; i tak dalej i tak dalej.

I trafiłam do firmy, w której poznałam ten "czarny rynek" od wewnątrz. Firma na rynku znana i jak każda na rynku, ba!, każdy prywatny człowiek, taka ja i taki/a Ty, ma swoich sprzymierzeńców i "hejterów". Firma zajmuje się szeroko pojętą działalnością promocyjną - począwszy od realizowania kampanii dla poszczególnych produktów (od pomysłu do wdrożenia), poprzez dystrybucję przygotowanych przez zleceniodawców materiałów reklamowych do wybranych kanałów, zbieranie i sprzedaż baz danych, aż do organizowania własnych akcji, loterii, konkursów. Agencja interaktywna z krwi i kości.

Możecie mi wierzyć lub nie, ale gdy zobaczyłam, że najbardziej znane i popularne konkursy w internecie czy prasie to ich pomysły i działalność, byłam w tęgim szoku! I nie powstrzymałam się przed zadaniem pytania "ale Wy naprawdę te nagrody rozdajecie?! Wy naprawdę tę kasę wypłacacie?". Ano naprawdę, odparli. Gdyby było inaczej, to jakby im się Urzędy Celne, GIODO i masa innych instytucji dobrała do wstecznego, to by nie było po nich co zbierać.

I zaczęłam się uczyć. Poznawać na czym polegają kampanie na leadach, czym jest pozyskiwanie danych osobowych i jaki jest proces, jakie grożą konsekwencje za nieprzestrzeganie ustaw, jak wyglądają procesy reklamacyjne, gdy ktoś jest zaskoczony swoją obecnością w bazie danych, jakie TRZEBA a jakie MOŻNA tworzyć treści, zarówno w banerach, jak w mailingach czy na stronach WWW. I nie mówię tutaj o stronie marketingowej, ale o tej prawno-formalnej. I gdy byłam taka podekscytowana, bo okazało się, że ten "czarny rynek reklamy" nie jest wcale taki "czarny", to zadałam sobie podstawowe pytanie, które wielu pewnie zadaje: NO TO SKĄD TE HEJTY?

I odpowiedź nasunęła mi się jedna (tutaj kolejny epizod z mojego zawodowego życia :) proszę o wyrozumiałość ;) ):

Moją pierwszą pracą w Warszawie była praca w Call Center. Bardzo dobrze wspominam ten czas. Co z tego, że pracowałam ponad 300h miesięcznie, na nocne zmiany, bijąc rekordy pracy ciągiem i siedząc tam po 36h z 24h przerwą i wracając, by trzepać dalej swoje godzinówki :) Poznałam fantastycznych ludzi, zarabiałam sporo ciężko na to pracując, dobrze się przy tym bawiłam i co najważniejsze - zdobyłam ciekawe doświadczenia.

Jednym z nich jest to, że nieważne jak dobry masz produkt, nieważne jak bardzo jesteś frontem do klienta, nieważne, że jesteś świętszy od Papieża - ZAWSZE, bez względu na wszystko, ZAWSZE znajdzie się taki, któremu się nie spodoba i zjedzie Twoją firmę, produkt, matkę ojca i kota, od góry do dołu i nie zostawi na Tobie suchej nitki. Co ciekawsze, ZAWSZE znajdzie się ktoś, kto będzie mu wtórował, bo "tak ma". I tak grono "hejterów" będzie się powiększało mimo, że nie mają oni zbytniego poparcia na swoje zarzuty, a jedynym argumentem jest np odłączona usługa za brak płatności przez ostatnie 3 miesiące ;)

Człowiek to zwierzyna stadna i ma tendencję do podążania za tłumem.

Moja babcia zawsze powtarzała: "jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził". I to jest prawda. I tego nauczyłam się pracując w CC. Pełna wiary, a nawet pewności, że produkt jest najlepszy na rynku, przestałam walczyć z tymi, co dla zasady mówili, że jest zły.

Podobnie jest z afiliacją. Jeden, drugi, piąty się sparzyli. Albo wcale się nie sparzyli, ale są przekonani, że się sparzą i koło się kręci - mam chusteczkę haftowaną i te sprawy.

Praca w TEJ agencji interaktywnej nauczyła mnie, że rynek afiliacyjny to nie jest żadna ściema. Patrzyłam na to ze strony Reklamodawcy, który miał zlecenie i szukał Wydawców, którzy je wykonają - czyt. ja Ci daję kampanię, a Ty ją promuj na swoim blogu/stronie WWW/bazie mailingowej/bezpośrednio angażując wybrane przez siebie grono.

Naturalnie są wymagania. Nie jest tak, że "wolność Tomku w swoim domku", bo liczy się efekt końcowy i "cel uświęca środki". Trzeba się trzymać pewnych wytycznych (np. są dedykowane grupy wiekowe; klient MUSI być osobą prawdziwą i realnie zainteresowaną; nie wszystko można promować np. na FB, itd., itp).

Później nasze drogi się rozeszły i trafiłam do firmy, która działała zgoła inaczej. Za nic mieli zasady, reguły, politykę dobrych praktyk, a nawet sądy. Opowiadali potencjalnym klientom takie bajki, że aż chciało się to przerwać i wyjść. Długo z resztą nasza przygoda nie trwała, a zakończyła się w Sądzie Pracy z mojego powództwa i z resztą z wygraną.

Ale chodzi mi o to, że na rynku jest ta względna równowaga. Więcej jest firm uczciwych, ale są i oszuści, którzy mają "gadane", potrafią Cię urobić na 20zł za kilo ziemniaków, a później okazuje się, że nic, poza obietnicami nie byli Ci w stanie zaoferować. I to oni tworzą czarny PR dla marketingu.

Kolejnym miejscem, idąc dalej w moim zawodowym życiu, jest firma, w której pracuję do teraz. Tutaj z kolei poznałam ten świat od strony Wydawcy. I znowu byłam w szoku. Dotychczas wiedziałam, jak to jest zlecać, tym razem miałam się przekonać, jak to jest zlecenie wykonywać.

I w tym miejscu zacznę ładować farsz do całego mojego przydługiego wywodu :)

"To o co chodzi z tą całą afiliacją i marketingiem sieciowym?"

Na rynku są dwa przodujące rodzaje przedsiębiorstw, zajmujących się dystrybucją kampanii reklamowych.

Pierwsze to sieci afiliacyjne posiadające tzw. Programy Partnerskie. One otrzymują kampanie od domów mediowych/bezpośrednio od reklamodawców albo od tych DRUGICH :)

Te drugie, to agencje interaktywne - one z reguły mają własną sieć stron lub własne bazy, gdzie promują dane kampanie, ale żeby szerzyć zasięg, zlecają kampanie również sieciom afiliacyjnym. Agencje interaktywne bardzo często mają kampanie bezpośrednie - czyli umawiają się na jakąś stawkę z firmą, która chce wypromować swój produkt, a następnie ustalają stawkę dla wydawców, którzy chcą w kampanii wziąć udział.

Z reguły wydawcy nie współpracują bezpośrednio z agencjami interaktywnymi ani reklamodawcami pierwotnymi i odbywa się to za pośrednictwem sieci afiliacyjnych. Naturalnie, od każdej reguły są wyjątki, które ją potwierdzają, ale tutaj trzeba albo a) być NAPRAWDĘ dobrym wydawcą i mieć solidne zaplecze albo b) mieć dobre układy z reklamodawcami, żeby otrzymywać kampanie bezpośrednio od nich :)

Zarówno pierwsze, jak i drugie poruszają się w dość wąskim zakresie modeli rozliczeń. Jest wiele czynników, które wpływają na wybór poszczególnych dla konkretnych kampanii. Zwykle ogranicza się to do 3 podstawowych celów: sprzedaż, zgromadzenie bazy, promocja.

I tak możemy spotkać się z następującymi modelami:

CPS - Cost per sale - płatność za sprzedaż. /Epizod I/. To model rozliczenia coraz częściej spotykany, bo w zasadzie, z pktu widzenia reklamodawcy, jest on najbardziej bezpieczny i rentowny. Z punktu widzenia wydawcy - wymaga czasu, cierpliwości i porządnego przygotowania grup docelowych, żeby taka kampania miała sens. -> sprzedaż.

CPL - Cost per lead - płatność za lead'a /Epizod II/. Model rozliczenia, gdzie celem jest zgromadzenie bazy potencjalnych klientów. Płatność odbywa się za wypełnienie przez odbiorcę formularza kontaktowego w sposób określony w warunkach, na jakich kampania jest realizowana. Budowa takiego formularza zależy od reklamodawcy, który kieruje się przeróżnymi przesłankami. Czasami chce tylko imię, telefon i e-mail, a czasami dużo więcej danych, bo przypuśćmy chce "geotargetować" produkty, jakie przygotowuje, stąd potrzebuje np. dokładnego miejsca zamieszkania. -> gromadzenie bazy.

CPC - Cost per click - płatność za kliknięcie przez użytkownika w wyświetlaną reklamę. Może to być kliknięcie w baner, może to być kliknięcie w link, może to być kliknięcie w mailing. W przypadku modelu CPC ustalane są dość ścisłe wytyczne - np. każde kliknięcie musi być unikalne, określony jest limit kliknięć na godzinę/dobę/wydawcę, itd. Nie jest to dziś bardzo powszechny model rozliczenia z prostych przyczyn - ilu wydawców tyle pomysłów na oszukanie systemu. Mimo, że reklamodawcy chcieli uczciwie promować swoje produkty i płacić wydawcom za wykonaną pracę, to wydawcy postanowili, że wyciągną z tego "więcej" i tworzyli najrozmaitsze obejścia systemów trakingowych, żeby mieć jak najwięcej klików i zgarnąć jak najwięcej kasy. Cóż - człowiek człowiekowi wilkiem... -> promocja

CPM - Cost per mile - model rozliczenia polegający na ustaleniu stawki za każde 1000 wyświetleń danej reklamy /Epizod III/. Jest powszechny i dość popularny, choć podobnie, jak w przypadku CPC, nie łatwo dostać taką kampanię będąc wydawcą. Rozchodzi się oczywiście o kwestie opłacalności dla Reklamodawcy oraz pewność, że kampania dotrze do takiej liczby unikalnych użytkowników, żeby model CPM mógł się zwrócić.

CPA - Cost per action - tutaj rozliczamy się za określoną akcję wykonaną przez odbiorę końcowego. /Epizod IV/. Tak naprawdę, CPA nie mówi jednoznacznie, jakie akcje wchodzą w skład tego modelu. Wszystko zależy od tego, na co umówią się reklamodawca i wydawca. Ten model jest coraz bardziej powszechny, ponieważ podobnie, jak modele CPS i CPL przynosi wymierne i widoczne niemal od razu efekty. W ramach CPA możemy rozliczać się zarówno za wykonanie każdej z wymienionych powyżej czynności, czyli warunek CPA spełniony jest, gdy CPM+CPC+CPL+CPS albo tylko z części z nich, np. CPA=CPM+CPL, itd.

Epizod I - MODEL CPS

Jesteś przedsiębiorstwem, które ma produkt i potrzebuje zwiększyć w swojej firmie jego sprzedaż - REKLAMODAWCĄ. To, co się liczy na koniec, to realna liczba pozyskanych klientów. Przychodzisz do mnie i mówisz: "płacę Ci stawkę X zł za każdego nowego klienta, który skorzysta z tego produktu w wyniku Twojej promocji. Możesz wykorzystać do tego to, co masz (partnerów z bazami mailingowymi, stronami WWW, blogami). Wykluczamy promocję na FB."
Tutaj zaczyna się moja rola - WYDAWCY. Na podstawie wytycznych, jakie od Ciebie dostałam, przygotowuję kanały, do których chcę skierować Twoją kampanię. Wybieram blogi, strony WWW i mailingi - czyli większość, którą mam. Proces wygląda następująco:

Wrzucam do wybranych kanałów materiały reklamowe (to mogą być banery, mogą to być kreacje mailingowe, mogą to być linki kierujące użytkownika bezpośrednio do formularza [o tym za chwilę], mogą to być widget'y [to takie interaktywne formularze, które w jednym miejscu mieszczą np kilka ofert albo mogą pełnić funkcję kalkulatora i formularza w jednym]). Te materiały umieszczam w takim miejscu (jeśli mowa o stronie WWW lub blogu), żeby było widoczne dla potencjalnego klienta końcowego. Odwiedzający moje strony, widzą reklamę i są zainteresowani. Sprawdzają szczegóły lub chcą je poznać i mówią "OK, biorę to". Wówczas wypełniają formularz kontaktowy przygotowany wcześniej przez Ciebie, jako Reklamodawcę i rozpoczyna się proces sprzedażowy. [administratorami tych danych osobowych, które zostawia potencjalny klient w formularzach bezpośrednich są firmy, które zleciły kampanię - czyli w tym przypadku Ty :) ]. Jeśli klient ostatecznie zdecydował się na zakup lub spełnił warunki sprzedaży, na które ja i Ty się umówiliśmy, wypłacasz mi ustaloną kwotę za wywiązanie się z kontraktu. Jeśli klient wypełnił dane formularza, ale finalnie nie zdecydował się na zakup, nie wypłacasz mi wynagrodzenia, a gra toczy się dalej.

Epizod II - MODEL CPL

Jesteś przedsiebiorstwem, Reklamodawcą, który buduje własną bazę danych. Masz na celu zgromadzenie jak największej liczby osób potencjalnie zainteresowanych Twoimi produktami, przy czym oczekujesz, że grupa potencjalnych klientów składała się będzie z osób, które: zamieszkują województwo mazowieckie, są w wieku pomiędzy 20 a 40 rokiem życia, mają przynajmniej jedno dziecko. Zakładasz, że z Twojej strony kontakt ze zbudowaną grupą będzie odbywał się w drodze mailowej oraz telefonicznej.

Zlecasz mi kampanię na pozyskanie leadów zawierających w/w dane. Tym samym, formularz, jaki wyświetlany będzie na moich stronach, czy który będę promowała w tej kampanii, będzie się składał z następujących pól: imię, nazwisko, telefon, e-mail, województwo, liczba dzieci, wiek.

Zdajesz sobie jednak sprawę, że nie jestem w stanie przewidzieć, czy potencjalni klienci Twojej firmy, którzy odwiedzają mój serwis, są właśnie Twoją grupą docelową. Jednak wypełniają oni poprawnie każde wymienione pole. Oznacza to, że ja, jako wydawca, spełniłam warunki kampanii. Tym samym, Ty, jako reklamodawca, musisz wypłacić mi wynagrodzenie w wysokości stawki*liczba poprawnie wypełnionych i przesłanych za moim pośrednictwem formularzy.

W przypadku modelu CPL bardzo często dodatkowym wymogiem jest tzw "realne zainteresowanie ofertą". Oznacza to tyle, że po przesłaniu przez mnie formularza, a jeszcze przed jego akceptacją, następuje weryfikacja poprawności danych. Tj. - Ty, jako reklamodawca, masz możliwość sprawdzenia, czy podane w formularzach numery telefonów czy maile są prawdziwe, masz też możliwość sprawdzenia, czy dana osoba, która wypełniła formularz jest realnie zainteresowana ofertą, czy może wypełniła go tylko dla "nabijania statystyk". Jeżeli w wyniku Twojej weryfikacji okaże się, że ściemniałam, masz prawo nie wypłacić mi wynagrodzenia za odrzucone leady.

Administratorem pozostawianych w formularzach danych osobowych, tak samo, jak w modelu CPS, jesteś Ty. Wyjątkiem są kampanie, w których reklama nie kieruje bezpośrednio do Twojego formularza, a np promowana jest na moim własnym. Wówczas administratorami danych osobowych jestem ja i Ty.

(na końcu wpisu wrzucę anegdotę, która była wątpliwie zabawna, a pomysłodawca ma zdecydowanie czarny humor. Niemniej, wielu reklamodawców, domy mediowe, sieci afiliacyjne i agencje interaktywne przyprawił o ból głowy i konieczność zmiany procesów).

Epizod III - MODEL CPM

Jesteś reklamodawcą, któremu zależy przede wszystkim an prmocji (firmy, produktu, czy czegokolwiek). Zlecasz mi wyświetlenie reklamy 30 000 razy, przy czym kampania ma trwać nie krócej, niż 10 dni kalendarzowych, a reklama ma być wyświetlana nie więcej, niż 2x na jednego unikalnego użytkownika.

Oznacza to dla mnie tyle, że muszę ustawić następujące kryteria dla wyświetlania reklamy: max. 2 wyświetlenia dla UU, liczbę wyświetleń muszę rozłożyć w taki sposób, aby zobaczyło ją jak najwięcej potencjalnych klientów, czyli skierować najwięcej ruchu w czasie, gdy moja witryna ma najwyższą oglądalność. Muszę też zdecydować, czy reklama będzie rotowała się z inną i zostanie wyświetlona danemu użytkownikowi 2x w czasie jednej sesji, czy drugie wyświetlenie tej konkretnej reklamy nastąpi dopiero po odświeżeniu strony? Muszę również zważać na pozostałe reklamy, które świecę i brać je pod uwagę. Ponadto, muszę wyliczyć do kiedy ma trwać kampania biorąc pod uwagę minimalny czas trwania, liczbę wyświetleń oraz kryteria.

Dla tych, którzy się tym zajmują, ustawienie takiej kampanii na swojej stronie to pikuś. Początkujący muszą trochę pogłówkować i przyłożyć się do jej przygotowania. Trzeba jednak pamiętać, że kampanie CPM nie są takie łatwe do zdobycia, gdy jesteśmy początkującymi wydawcami. Dla reklamodawcy taka kampania to duże ryzyko, ponieważ istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że mu się ona nie zwróci ;)

Epizod IV - MODEL CPA

Jesteś reklamodawcą, który chce osiągnąć dzięki kampanii konkretny efekt. Aby rozliczenie było możliwe, muszą zostać spełnione wszystkie warunki, składające się na "akcję". Co chcesz osiągnąć? Przypuśćmy, że zapłacisz mi wówczas, gdy wykonam określony "CPM", po którym nastąpi określony "CPC", w wyniku którego dojdzie do złożenia wymaganego formularza i otrzymasz lead. Jeżeli każdy z tych warunków zostanie spełniony, wypłacasz mi wynagrodzenie. Jeżeli natomiast zostanie wysłany formularz, ale ja nie wywiążę się z "CPM" i/lub "CPC", masz prawo nie wypłacać mi wynagrodzenia.

Rozliczenia w modelu CPA są dla reklamodawców chyba najbardziej rentowne. Nie oznacza to jednak, że dla wydawcy to jedynie koszt. Jeżeli działasz uczciwie i rzetelnie, masz szansę na zarobienie naprawdę dobrego wynagrodzenia.


Programy Partnerskie są dużą możliwością na zarobienie naprawdę niemałych pieniędzy. Zapewniam! Robiłam rozliczenia za kampanię i wiem, jakie kwoty pojawiały się na fakturach ;)

Dlaczego sama tak nie zarabiam? Bo jestem z grupy tych biernych. Ale nie wykluczam, że zacznę być bardziej czynna :)

Wracając do Programów Partnerskich. Nie musisz mieć własnej działalności, nie musisz mieć własnej witryny, nie musisz posiadać bazy mailingowej, nie musisz mieć nawet bloga. Wystarczy, że masz chęci. To doskonała możliwość na dodatkowy zarobek dla tych, których głownym źródłem dochodu nie jest marketing afiliacyjny. Doskonałe źródło dochodu dla tych, którzy docelowo marketingiem sieciowym się zajmują. Jak również doskonała możliwość na zbudowanie źródła pasywnego zarobku dzięki marketingowi sieciowemu.

Dołączenie do PP jest bezpłatne i niezobowiązujące. To, jakie kampanie promujesz również zależy od Ciebie. Z reguły w PP widnieją 2 modele rozliczenia - CPS i CPL. Czasami występują modele CPM lub CPC dla kampanii mailingowych.

Wiele osób pyta, dlaczego rozliczenie danej kampanii trwa tak długo? To jest chyba najczęstszym tematem desput, dotyczących uczciwości i wiarygodności sieci afiliacyjnych. Odpowiedź jest bardzo prosta - jak już wspomniałam, sieci afiliacyjne z reguły otrzymują kampanie od agencji lub domów mediowych. Te natomiast otrzymują kampanie od reklamodawców. Teraz wyobraźcie sobie ten proces w drugą stronę.

Zrobiłam kampanię i wystawiłam za nią fakturę -> trafiła do sieci afiliacyjnej, która wystawiła fakturę dla domu mediowego -> dom mediowy weryfikuje poprawność raportów przesłanych ode mnie i sieci afiliacyjnej oraz oczekuje na raporty od reklamodawcy -> następnie wystawia fakturę dla reklamodawcy -> po określonym czasie otrzymuje wynagrodzenie -> rozlicza się z siecią afiliacyjną -> sieć afiliacyjna rozlicza się ze mną.

Nie ma tutaj ani haczyków, ani oszustwa, ani naciągania. Na tym polega ten biznes.

A teraz dwa słowa o marketingu sieciowym, zwanym inaczej MLM, który jest jeszcze bardziej znienawidzony przez większość ludzi, których znam. Zasługa nieuczciwych firm, które werbowały do pracy młodych, ambitnych ludzi, pełnych zapału i gotowości do działania, wykorzystując ich wiarę w to, że znaleźli pracę wymarzoną.

MLM to nic innego, jak sprzedaż pasywna, która dzieje się absolutnie wszędzie, tylko nazywana jest różnie.

Załóżmy, że jesteś sprzedawcą w call center lub handlowcem. Masz nad sobą z reguły koordynatora, leadera lub kierownika. On ma nad sobą kierownika lub dyrektora. Ten z kolei ma nad sobą prezesa, a prezes ma nad sobą zarząd. Zarząd zaś spowiada się inwestorom, itd. Czyż to nie jest piramida? Czy w ramach wynagrodzenia za TWOJE wyniki, lider nie ma prowizji, kierownik premii, a dyrektor Porshe? Owszem, mają.

Budowanie własnej sieci sprzedaży, gdzie Ty stoisz na czele niczego innego, jak własnego zespołu, to absolutna norma na rynku. W marketingu sieciowym różnica jest taka, że nie ma pensji podstawowej za wykonanie jakiegoś działania, a zarobki są głównie uzależnione od zaangażowania najpierw Twojego, a później Twojej sieci sprzedaży oraz tego, jak nimi zarządzasz.

Więc nie taki diabeł straszny :)

Będę ten post czasami aktualizować, bo temat obszerny jest i apetyczny ;) 

/ marketing sieciowy; marketing afiliacyjny; program partnerski; sieć afiliacyjna; wydawca; reklamodawca; modele rozliczeń; kampanie internetowe; reklama w sieci; banery; linki; widget'y /

środa, 15 kwietnia 2015

Jak to jest po alkoholu? :)

Odkąd dowiedziałam się, że jestem w ciąży alkoholu ani rusz - oczywiste. Najwyżej zanurzenie ust w lampce wina za zgodą lekarza, co i tak żadnej przyjemności mi nie dawało, bo miałam opory.

Po porodzie niby już mogłam, mimo karmienia naturalnego, bo zapasy przecież można zrobić, ale gdzieś ten opór ciągle był.

I wczoraj w końcu się przełamałam! :D

Czuję się, jak nastolatka, którą mama puściła na pierwszą imprezę w życiu!
Ja dobrze swoją pierwszą imprezę pamiętam :) Koncert GRAMATIKA w sławetnej w tamtych czasach zamojskiej Elektrowni :) Pamiętam dokładnie, że miałam czas do 22:00 (!!). Ale, jak to na koncertach, główny wykonawca miał wystąpić później. Więc ani myślałam opuścić wydarzenie (tzn, na początku oczywiście planowałam wrócić o czasie ;) ). Do tego, starsi koledzy pili PIWO. Więc i ja piłam PIWO. I po tym piwie, ponieważ było to moje PIERWSZE piwo w życiu (nawet papierosy już miałam wypróbowane, ale alkoholu nie), ululałam się tym piwem i taka ululana zadzwoniłam do mamy. Z automatu, bo za tamtych czasów nie byłam jeszcze w posiadaniu kieszonkowego, osobistego telefonu komórkowego :D Mama oczywiście nie zgodziła się, żebym została dłużej i bynajmniej nie uwierzyła w zapewnienia, że "ja nnnyyycc ne piłam" :D
Zjawiła się w klubie z sąsiadem, i mnie odeskortowali do domu :P

Wczoraj, po ROKU (!), wyszłam pić ALKOHOL! :D Prawdziwy ;)

I tak, jak wtedy przed tym koncertem, tak i teraz, przeżywałam wydarzenie, jak egzamin maturalny :D Przygotowywałam się od momentu ustalenia terminu, dobrych kilka dni. Obmyślałam plan, jak to ogarnąć, żeby dziecko głodne nie było. Strategicznie planowałam liczbę butelek, jakie muszę przygotować, żeby alko zdążyło wyparować. Liczyłam przełożenie planowanej ilości wypitego alkoholu na czas, który musi minąć przed kolejnym karmieniem, zastanawiałam się ile muszę odciągnąć już PO imprezie, żeby pokarm był wolny od procentów, i tak dalej, i tak dalej :D No normalnie - misja - projekt "Wychodne".

Abstynencja trwała wystarczająco długo, żeby po połowie wyśmienitego drina na bazie owoców i tequilli poczuć szumienie w głowie ;) Jednak powstrzymałam w sobie opór i przebijające się wyrzuty sumienia, że ja przecież MATKĄ KARMIĄCĄ jestem i oddałam się przyjemności związanej ze stanem "upojenia".

To miłe uczucie, gdy w znanym sobie gronie, w tym, co wcześniej, z czasów przed cenzurowanym, można spotkać się i poczuć dokładnie, jak wtedy :) I miłe to uczucie, gdy widzisz, że życie MATKI KARMIĄCEJ nie musi ograniczać się do wyjść na spacer w ciągu dnia, a napoje do herbatek laktacyjnych i wyciągów z kopru włoskiego ;)

Dzidziol grzecznie został z Tatą. Tata poradził sobie dzielnie. I nawet, jeśli wcale nie było im w domu tak kolorowo, to ja i tak nic o tym nie wiem :P I wiedzieć nie muszę :) Zadbali oboje o moje samopoczucie i o to, żebym w pełni skorzystała z "wychodnego" :)

DZIĘKI Ci za to, mój Ty Bohaterze :)

Oczywiście tagi na "fejsie" musiały być :D Ale to nawet urocze, że się miałam "odmeldować" :P

I z wniosków moich własnych, dotyczących karmienia:
jestem pełna podziwu dla kobiet, które nie mogą karmić naturalnie i muszą przygotowywać swoim maluchom jedzenie; jednocześnie pełna podziwu dla tych odważnych mam, które z własnej woli zrezygnowały z karmienia naturalnie.

Jedno po dzisiejszej nocy wiem na pewno - będę karmić jak długo się da! Bo wstawanie w nocy, żeby "zrobić butelkę" to była masakra :)

Niemniej - fantastyczny mam nastrój dzięki temu mojemu "wychodnemu".

Takie to normalne, a tyle dało radości :P

wtorek, 14 kwietnia 2015

Komu?! Komu?! Bo idę do domu! ;)

UWAGA! PROMOCJA JUŻ NIE JEST AKTYWNA

Nie jestem blogerką. Daleko mi do bycia konsekwentną w umieszczaniu wpisów. Ale zawsze piszę szczerze, a to chyba najważniejsze? :)

Dzisiaj trochę komercyjnie.

Nie będę umieszczała wielu takich postów, ale czasami, jak uznam, że naprawdę warto, będę to robić, zatem proszę o wyrozumiałość ;)

Nie wiem jak wielu z Was ma świadomość, że na blogach można zarabiać? I wcale nie trzeba być super blogerem z tysiącami unikalnych użytkowników dziennie.

Afiliacja, choć irytująca, jest potęgą.

Jakiś czas temu, chcąc obniżyć do minimum koszty, które miałam w związku z posiadaniem karty kredytowej do pewnego czasu w Polbank, od jakiegoś czasu Raiffeisen, zadzwoniłam na infolinię i poprosiłam o ofertę. Taką, gdzie nie będę musiała płacić za sam fakt posiadania rachunku szczególnie, że go nie używam, bo nie jest moim głównym.

I dostałam. KONTO WYMARZONE (tak się nazywa).

I po co o tym piszę?

Bo się obudziłam w ostatniej chwili, że akurat na jedno z niewielu kont osobistych godnych polecenia, Comperia zrobiła konkurs! I ten konkurs kończy się JUTRO.

A zalet jest wiele:

1) konto jest w pełni darmowe (prowadzenie rachunku, wypłaty z bankomatów, bankowość elektroniczna)
2) w ramach Comperia Bonus zakładając to właśnie konto, każdy nowy klient (nowy, czyli taki, który po dniu 1 stycznia 2015 r. nie jest lub nie był posiadaczem lub współposiadaczem rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowego w Raiffeisen Polbank) dostaje w bonusie 55 zł - dokładny opis zamieszczam na końcu wpisu
3) ja również mogę zgarnąć prowizję za polecenie (bo na tym polega afiliacja)
4) można zabawić się w copywriter'a i wymyślić hasło reklamowe dla Comperii. Jeśli się spodoba, jest szansa na wygranie fajnych nagród ;) szczegóły również na dole wpisu

Jakie są warunki?

1) konto należy utrzymać przynajmniej do końca maja
2) konto należy założyć przez link/baner, który tutaj umieszczam, abym mogła również dostać prowizję. Z tym jest mały szkopuł, ponieważ jeżeli po kliknięciu w link/baner i wejściu tym samym na stronę Comperia Bonus wykonacie jakąś inną czynność, zanim wypełnicie formularz, istnieje ryzyko, że gdzieś tam zagubi się ten znacznik, że to ode mnie wiecie :P

I tyle. Proste, bezbolesne i okazyjne. Z korzyścią dla każdego :)

Pomożecie? Skorzystacie? Ja zachęcam nie tylko dla prowizji ;)

Mięcho

Link do oferty:  TUTAJ KLIKNIJ :) lub w baner na dole wpisu

Opis konta:

Podstawowy ROR 
Jest oprocentowany:
a) do 3 000 PLN -  1% (stopa referencyjna NBP * 0,5)
b) od 3 000,01 do 10 0000 - 1,9% (stopa referencyjna NBP * 0,95)
c) powyżej 10 000 PLN 2,4% (stopa referencyjna NBP * 1,2)
  • Otwarcie i prowadzenie konta = 0 zł – zero haczyków, zero wymogów, wpływów na konto.
  • Przelewy wewnętrzne i zewnętrzne = 0 zł – przy wykonywaniu ich przez system internetowy banku lub aplikację mobilną
  • Wypłaty ze wszystkich bankomatów w Polsce = 0 zł
  • Bezterminowa gwarancja bezpłatności konta
  • Konto można zamknąć poprzez infolinię banku – potrzebne będą wszystkie dane, które były podawane w momencie wypełniania wniosku, czyli imię, nazwisko, PESEL, nr dowodu, nazwisko panieńskie matki, itd.
Dodatkowo:

Można założyć lokatę mobilną, jeśli ktoś ma "luźne" środki.
  • Lokata mobilna (trzymiesięczna)
  • oprocentowanie 4%
  • dla 1 000 PLN - stopa zwrotu = 29,24% w skali roku. I to już po odliczeniu podatku Belki. Łącznie w kieszeni zostaje 73,10 zł.
  • dla 10 000 PLN - stopa zwrotu = 5,84% w skali roku. Po belce. Łącznie w kieszeni zostaje 164 zł
Konkurs:
  • Jeśli Twoje hasło wymyślone dla Comperii spodoba się, masz szansę zgarnąć SmartWatch'a LG lub iPad'a Mini :)
I na koniec formalności:
  • Promocja ma charakter oferty limitowanej, co oznacza, że bank może ją zakończyć w dowolnej chwili. Kończy się jutro - 15.04.2015, ale nie wiem o której.
  • Przystępując do promocji oddajecie Comperii swoje dane osobowe.
  • Zgodę na przetwarzanie danych można zawsze cofnąć. W każdej chwili.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Zamykamy pierwszy kwartał!

No i minęły nam wczoraj 3 miesiące.

Po miesiącu "miodowym" pisałam, że niewiele widzę zmian i różnic pomiędzy ciążą a macierzyństwem. I pisałam, że jednocześnie wiele widzę zmian w dziecku.

Pisałam też, któregoś razu, że mi czas zachrzania jeszcze bardziej, niż przed ciążą i jeszcze bardziej, niż przed porodem.

No i tak właśnie spadło na mnie wczoraj, że Dzidziol to już od dawna niemowlę, a nie noworodek i że oto właśnie jestem na półmetku macierzyńskiego!

Ale jak?! Ale kiedy?!
Ano tak... Leci ten czas.

Patrzę tak na to swoje dziecko i na siebie i widzę same zmiany.

Co prawda wciąż brzmi dziwnie to "ja - mama", ale w końcu przywyknę :)

Malec DOROŚLEJE. Strzela fochy, robi miny, uczy się chwytać, śmieje się w głos, śmieje się świadomie (choć czasami mam wątpliwości co do tego akurat, bo ona śmieje się stale (!), a ja się co jakiś czas zastanawiam, jak to możliwe, żeby do tej matki, co ją tylko ciągle podnosi, kładzie, przekłada, można się wciąż tak radośnie uśmiechać :) ). Poza tym malec zmienia komunikację, i postanowił zbić matkę z tropu ustalając na radzie jednoosobowego zarządu, w którym to malec sam zasiadał, że tak oto zmieniają się teraz komunikaty na jedzenie/picie, spanie, za zimno, za ciepło, zmień pampersa. Malec postanowił je UJEDNOLICIĆ i z nieskrywaną satysfakcją obserwował, jak ta biedna matka musiała na nowo uczyć się tonacji, żeby te mikro różnice w dźwiękach dostrzec i domyślić się o co temu dzieciu chodzi (?) :)

Ale, że matka wytrwałą jest, to i z tym dała radę i JAKOŚ znowu się dogadujemy :P

Laura zachwyca mnie swoją urodą. Ja nie wiem w kogo to dziecko takie ładne!

I bystrością zadziwia. Ale to akurat po mamusi :D :P

No i czym byłby wpis o dziecku bez wzmianki o kupach?! Więc - kupy to dla mnie temat niezbadany i niemożliwy do objęcia jakimikolwiek standardami. Kupy mojego dziecka rządzą się, podobnie jak ono samo, własnymi prawami :) najważniejsze, że Dzidziol zdrowy. A reszta niech sobie idzie własnym torem.

No i o mnie dwa słowa - chudnę, chudnę, chudnę. (ok, to były trzy słowa ;) ).

Ruszamy z impetem w drugi kwartał, a ja biję się w pierś, bom wiem, żem zaniedbała i piszę kolejne notki, co to je pozaczynałam roboczo i mi nie po drodze było dokończyć :P

Więc na dniach będę nadrabiać to swoje blogowanie :)

poniedziałek, 9 marca 2015

Romantycznie?! O zgrozo! O WIELKIEJ wartości "małych" spraw ☺

W tematyce Dnia Kobiet, bo w Walentynki nie miałam nastroju.

Czym jest romantyzm?

W teorii? Dla każdego czymś innym.
W praktyce? Też dla każdego czymś innym, z tą różnicą, że opartym na utartych stereotypach.

I tak oto, gdy zbliżają się okoliczności typu Walentynki, Dzień Kobiet, urodziny, rocznice, w umysłach głównie mężczyzn rozpoczyna się proces zwany PANIKĄ!

I po co? I dlaczego?

Ano po to, żeby stanąć na wysokości zadania i spełnić te WYGÓROWANE oczekiwania swoich kobiet. Ano dlatego, że od czasów szkolnych wpaja się tym biednym Panom i nam, Paniom, że wzorcowy romantyk, to taki Werter albo taki Romeo, co to jeden cierpi ( 😉 ), a drugi umiera dla swej lubej. W imię tej "romantycznej miłości"!

I naczytają/naoglądają się oboje takich "Grey'òw", a później obgryzanie paznokci, bo "czy ja spełnię jej oczekiwania?" i "czy on stanie na wysokości zadania?".

W Walentynki mojemu mENżczyźnie zapewniłam małą atrakcję w postaci zabrania w miejsce, które bardzo lubi. Było miło i był wyraźnie zadowolony. Wzamian miałam nadzieję na jakiś "romantyczny" obiad (bo z dzieckiem, to raczej nie kolacyjka przy świecach), spacer (bo w Walentynki pogoda była fantastyczna) i moooooże jakiś drobiazg, typu badyl zielicha mimo, że uschnie po dwóch dniach.

I co się stało, gdy wyraziłam swoje zaskoczenie brakiem inicjatywy (bo rozczarowania starałam się nie okazywać)?

Awanta!

A o co? Ano o to, że "faceci nie bywają romantyczni! Jedyne, na co stać faceta, to kupienie kwiatka, a Ty zielska nie lubisz!"

Więc na obiad były parówki w milczeniu (obrażona postanowiłam, że gotować NIE będę) i spacer z Laurą po Wilanowie, co by sobie Pan zachowanie przemyślał.

I przemyślał (choć mu wcześniej musiałam wyłożyć o co mi w ogóle poszło 😉 ). Mimo, że późnym wieczorem, to pojechał, kupił "drobiazg", a nawet dwa (i wydał na to ZA DUŻO kasy - choć są SUPER 😊  ) i zrobił pycha kolację.

I choć nie o TAK drogi prezent mi chodziło, to mój mENżczyzna uznał, że właśnie takiej ligi "drobiazg" spełni moje oczekiwania "romantycznego".

Czy słusznie?

Wg kanonu romantyzmu - słusznie.
Wg mnie - absolutnie nie.

Gdy emocje już opadły, "jak po wielkiej bitwie kurz", omòwiliśmy sytuację, żeby wiedzieć skąd w ogóle wziął się konflikt w TAK OCZYWISTEJ przecież sprawie?!

Ano stąd, że nam się rzeczywistości różniły. Moja była, jak powyżej. Jego była, jak ta Werterowsko-Romeowska, gdzie to trzeba stanąć na głowie, zatańczyć walca, a najlepiej zorganizować prywatny koncert Chopina w Filharmonii Wiedeńskiej! I nie wiedział co mieści się w ramach moich "oczekiwań", a nie chciał mnie zawieść. A, że dodatkowo dzień wcześniej, jakaś mądra pani doktor do mojej diety bezglutenowej dołożyła dietę bez laktozy, to mój biedak miał już kompletnie związane ręce, bo nie wiedział nawet co ja mogę jeść, żeby mnie na ten obiad romantyczny zabrać.

I, gdy nieskrywaną dezaprobatą zareagowałam na propozycję zjedzenia kebaba w drodze powrotnej do domu (a wracaliśmy z tej "mojej" atrakcji), to poczuł się już kompletnie fatalnie i tak od słowa do słowa Walentynki wywołały kłótnię 😆

Dziś Dzień Kobiet.

Rano dostałam śniadanie, później kąpiel, a później? A później hiper giga fantastyczny spacer po Wilanowie (fajna dzielnica tak btw ☺ ) urozmaicony rozmową (NIEUSTAJĄCĄ! 😊 ) na mnóstwo różnych tematów z obiadem po drodze.

Po ponad 5h wróciliśmy do domu.

I był to najmilszy Dzień Kobiet, jaki mogłam dostać 😊 bo był taki cały nasz.

Co ja chcę w ogóle powiedzieć po tym "przydługim wstępie" (cytując mojego M 😉 )?

Tylko tyle i aż tyle, że "romantycznie" nie musi oznaczać 6+1 tuzinòw róż na dachu Mariott'a z prywatną orkiestrą i pokazem wojskowych odrzutowcòw układających się w imię ukochanej tworzących z chmur wyznanie "Kocham Cię nad życie!".

Romantycznie, to tylko i AŻ tylko tak całkiem od siebie. Tak od Ciebie tylko dla NIEJ. Tak od Ciebie tylko dla NIEGO.

I taki apel mam do Pań i Panów (bo i czytelników tutaj miewam, nie tylko czytelniczki 😜 ), żeby nie dać się zwariować. Nie wzorować się na fantazjach innych, na "ideałach" z książek i filmów romantycznych będących tęsknotą za niespełnioną miłością ich autorów.

Zauważmy i doceńmy to, co mamy.

Cieszmy się z "malutkich" rzeczy, bo mają one WIELKĄ wartość ☺

I na koniec cytat z jednej z moich ulubionych książek, którą polecam każdemu, a czyta się ją z niebywałą łatwością i jest naprawdę krótka - "Płeć mózgu":

"Kobiety widzą, słyszą i odczuwają więcej, a to, co widzą, słyszą i odczuwają, więcej dla nich znaczy.

Kobiety i mężczyźni nie śmieją się z tych samych rzeczy i inne rzeczy ich denerwują.

Pewien mężczyzna, gdy badacze poprosili go, by okazał więcej uczucia partnerce, umył jej samochód."

😎😊💞💚💛💜

WSKAZÓWKA DLA PANÓW ;-)

I WSKAZÓWKA DLA WSZYSTKICH ;-)